Zdjęcia ilustrujące CZERWONY TYBET

Artykuły

Fotografie

O mnie

2001

 

 

 

 

s. 17: Pomnik stanął na zachodnim skraju parku Ludowego przed pałacem dalajlamów. Czuć w nim jakieś napięcie. Para złotych jaków, lśniąca niczym twarz Buddy z Dżokhangu w gorący dzień, nie przeżuwa trawy jak ich pospolici kuzyni. Złote jaki są czujne. Złączyły się kuprami, żeby wróg ich nie zaszedł od tyłu, rogi postawiły jak pies uszy i rozglądają się, czegoś wypatrują.

 

 

 

 

s. 24: Obserwowana z dołu bryła pałacu przypomina wielki okręt z szeregami okienek w malowanej na biało burcie, z burgundową nadbudówką zwieńczoną złotymi kominami dachów, masztów i walców zwycięstwa, z trapami schodów schodzącymi na nabrzeże,
czyli do dawnej wioski Szol.

 

 

 

 

s. 29: W sali obrad tybetańskiego rządu, kaszagu, urządzono kawiarnię.

 

 

 

 

s. 29: Na zewnątrz poustawiano kosze na śmieci w kształcie pandy obejmującej bambus – sympatyczne, ale w tym miejscu równie stosowne co gipsowe krasnale na Wawelu. Na dachu pałacu z pandami fotografują się trzej Chińczycy w koszulkach polo i spodniach od garnituru, zapewne „kadry”, jak się tu nazywa pracowników urzędów państwowych.

 

 

 

 

s.30: Daleko w dole religijni Tybetańczycy wędrują dookoła Potali jednym ze szlaków khora, codziennej pielgrzymki wokół świętych miejsc, odbywanej zawsze w jednym kierunku, zgodnym ze wskazówkami zegara. Mijając wybetonowany plac, gdzie zaraz odbędą się uroczystości pięćdziesiątej rocznicy wyzwolenia, modlitwami próbują wykurzyć złego, który zalągł się w domu ich ukochanego władcy.

 

 

 

 

s. 31: Wstrząsające wrażenie robi łazienka Dalajlamy – pokryta czterdziestoletnim brudem, z wanną i umywalką wypełnionymi pieniędzmi, wrzucanymi jak do fontanny di Trevi, w intencji powrotu, ale nie swojego.

 

 

 

 

s. 31: Na dziedzińcach mnisi poustawiali zmyślne kuchenki: dwa arkusze polerowanej blachy skupiają promienie słoneczne pod czajnikiem, utrzymując wodę w stanie bliskim wrzenia przez okrągły dzień, do tego za darmo.

 

 

 

 

s. 31: Na ścianie jednej z kaplic, gdzie był szpital wojskowy, wciąż straszy relikt przeszłości – podobizna Mao Zedonga

 

 

 

 

s. 35: Niektórzy dźwigają na plecach grube na pół łokcia materace, inni torby z zakupami

 

 

 

 

s. 65: Taszi Cering przeciąga się na krześle, przeciera okulary, rozgląda się. Widać, że rozmowa jest dlań niezręczna.

 

 

 

 

s. 72: Obok ich koleżanki tną arkusze zadrukowane mantrami na wąskie paski przeznaczone do wnętrz młynków modlitewnych.

 

 

2006

 

 

 

 

 

s. 103: Ich wzrok i dłonie natychmiast wędrują do pudła z medalionami i przypinanymi znaczkami. A kogóż my tam mamy? Samych wywrotowców i separatystów

 

 

 

 

s. 108: ...w knajpie na dole w pluszowym fotelu rozparł się pies albinos w lustrzanych okularach na pysku. Gapi się na gości w milczeniu, choć czuć, że mógłby niejedno powiedzieć.

 

 

 

 

s.108: Dochodzą stamtąd stłumione odległością dźwięki przypominające uderzenia w wielki dzwon. To tylko dekarz zbija nitami rzędy miedzianych ornamentów, aby móc zawiesić je na dachu kaplicy.

 

 

 

 

s.109: Wewnątrz świątyni trwają prace wykończeniowe. Młody mnich w poplamionym farbą habicie wypełnia kolorami fresk z Buddą Siakjamunim.

 

 

 

 

s.110: Przed ołtarzem stoi stateczek w kształcie smoka, pamiątka prosto z festiwalu smoczych łodzi.

 

 

 

 

s.111: Po schodach schodzi duch minionej epoki: starszy mężczyzna odziany w podszyty barankiem płaszcz wojskowy i zieloną czapkę maoistkę. Na migi pokazuje, by za nim iść.

 

 

 

 

s. 115: Wokół prymitywnych ziemianek kręcą się młodzi tybetańscy chłopcy. Wąs się im jeszcze nie sypnął, włosy mają skudlone i nierówno przycięte, na grzbietach swetry, kurtki albo wyświechtane marynarki, do tego workowate spodnie. Największy elegant nosi katanę podszytą polarową imitacją skóry lamparta i zawadiacko przekrzywiony prawie tyrolski kapelusz.

 

 

 

 

s.128: Przez pięć miesięcy uczyli się obsługi broni, taktyk partyzanckich, szpiegostwa, alfabetu Morse’a i obsługi radia. Mieli być oczami i uszami CIA w Tybecie.

 

 

 

 

s.153: Odchody zwierzęce mają wielorakie zastosowanie – oto grupa Tybetańczyków obsiadła stertę końskiego nawozu i utytłana po łokcie z zapałem pastuje nim świeżo wykute zdobienia klasztorne.

 

 

 

 

s.154: Klasztor jest już prawie gotowy, błyszczy z daleka ponad domami mieszkalnymi – nie wiem tylko, po co od frontu obłożono go lustrzanymi płytami, ukochanymi przez projektantów chińskich biurowców.

 

 

 

 

s.154: Ściany zasiedla zwyczajowy panteon bóstw, ale na głównym ołtarzu ktoś puścił oko: fresk podpisany jako „Trzeci Dalajlama” (to założyciel klasztoru Lithang) przedstawia twarz obecnego, Czternastego Dalajlamy.

 

 

 

 

s.155: Skąd więc się wzięli ci mali mnisi, pałętający się wszędzie dookoła? Chłopcy w burgundowych sukniach dokazują bardziej niż ich świeccy rówieśnicy w dresach.

 

 

 

 

s.165: Święto nie byłoby świętem, gdyby nie można się było z tej okazji wystroić. Długowłosi mężczyźni w białych kowbojskich kapeluszach, wbici w haftowane kaftany zapięte na jeden guzik pod szyją, czuby zsunięte do pasa – bo ciepło – związane w pasie rękawami i szarfą, dżinsy lub spodnie w kant, do tego wyglansowane skórzane buty.

 

 

 

 

s.166: Z głów i pleców sterczą metalowe ozdoby wielkości miseczek na herbatę, także nabijane koralami. Każda elegantka nosi ich osiem albo dziesięć, nie tylko we włosach, ale też na potężnych skórzanych pasach ze zwisającymi po bokach kaburami

 

 

 

 

s.168: Nima Dordże jest na posadzie państwowej, więc nie dziwne, że nosi na piersi znaczek z chińską flagą.

 

 

 

 

s.169: Stało się coś dziwnego: z popękanej ziemi zaczęły wychodzić źdźbła trawy, jakich wcześniej nigdy nie widzieliśmy, grubej i od razu suchej. Próbowaliśmy ją jeść – opowiada Pasang Ceren. Ma piękną twarz posiekaną równą siatką zmarszczek, błyszczące oczy siedmiolatka i dziarską, żołnierską postawę.

 

 

 

 

s.175: Ranaka to jedna ulica, wzdłuż której stoją minirestauracyjki, sklepy ze świecidełkami, warsztaty wulkanizacyjne, stoły bilardowe – wypaczone, z pourywanymi łuzami i suknem poklejonym plastrem, przy których długowłosi i złotozębi nosiciele kapeluszy kowbojskich rywalizują z krótko ostrzyżonymi właścicielami czapek bejsbolowych

 

 

 

 

s.177: Wiejskie mosty oplata gęsta modlitewna pajęczyna; bawełniana materia blaknie w słońcu i nadaje obiektom zapleśniały wygląd.

 

 

 

 

s.181: U wejścia wznosi się obelisk postawiony przez chińskich buddystów ku chwale rządu i zjednoczenia ojczyzny.

 

 

 

 

s.184: Nagle znajdujemy się w dolinie wypełnionej ludzkim mrowiem, choć widać nie ludzi, lecz dzieło ich rąk. Zbocza upstrzone maleńkimi domkami o płaskich dachach, stawianymi jeden przy drugim, gęsto i bez ładu, pulsują klasztorną czerwienią.

 

 

 

 

s.196: Mechanik – Chińczyk o gabarytach dużego psa – podejmuje się herkulesowego zadania dorobienia na tokarce roztrzaskanego łożyska tylnej osi. Naprawa potrwa pięć godzin.

 

 

 

 

s.196: Zaraz nadchodzą trzy mniszki uprawiające najbardziej wyczerpujący rodzaj pielgrzymki – marsz pokłonami.

 

 

 

 

s.198: Przez główne skrzyżowanie co chwila przetacza się zielona ciężarówka, żołnierze na przepustce snują się po ulicach, a nawet zwiedzają pobliski klasztor Meła, witani niechętnymi spojrzeniami mnichów.

 

 

 

 

s.200: Otwór wejściowy zasłaniała kiedyś kotara z plastiku pamiętająca chyba jeszcze „długi marsz” armii Mao; do czasów współczesnych pozostały tylko trzy paski przypominające lep na muchy. Brama z powyłamywanymi prętami zupełnie nie pasuje kształtem do futryny, którą ma zamykać.

 

 

 

 

s.202: Przepytywani, w grzebieniastych kapeluszach, siedzą na ziemi, brani przez stłoczonych wokół kolegów w krzyżowy ogień pytań.

 

 

 

 

s. 215: Centralny punkt domostwa stanowi palenisko. Jest to gliniany lub metalowy piecyk z trzema otworami.

 

 

 

 

s.216: Żona Gersana, śliczna Jesze Dolma, uwija się jak w ukropie, ani na moment nie przestając się przy tym uśmiechać.

 

 

 

 

s.217: Teraz Jesze Dolma przytwierdza sobie do pleców wiklinowy kosz, chwyta widły i zamaszystymi ruchami ładuje doń, jeden po drugim, jacze placki.

 

 

 

 

s.223: Przerwa na posiłek w miejscowości, której nazwy udało mi się nie zapamiętać. Tak musiały wyglądać pierwsze osady na Dzikim Zachodzie, tyle że brakuje saloonu. Na szerokiej ulicy nic prócz błota i śmieci, w knajpie nic prócz thukpy ostrej jak brzytwa fryzjera.

 

 

 

 

s.229: Główną atrakcją pastwiska jest kamień upamiętniający główny chiński ośrodek badań nad bombą atomową, założony tu w latach pięćdziesiątych. Zamknięto go w 1987 roku, a kilka lat później Xinhua oficjalnie potwierdziła podejrzenia, że w pobliżu składowano odpady radioaktywne. Każdy chce mieć zdjęcie z takim kamieniem.

 

 

 

 

s. 234: Studenci chichoczą, przymierzając ciepłe baranie czuby, futrzane czapy i sztuczne warkocze. Brakuje tylko dyżurnego mnicha w stroju pandy.

 

 

 

 

s.237: Wieśniacy łopatami i miotłami rzucają wymłócone ziarno na wiatr, by przewiał plewy.

 

 

 

 

s.245: Domem zarządza Gonpo Taszi, siostrzeniec Jego Świątobliwości. Niepodobny do wuja, z nalaną twarzą posiekaną czerwonymi żyłkami mrozu.

 

 

 

 

s.250: Stoi na stacji lokomotywa oraz zaaferowany tłum obładowany tobołkami z worów po ryżu. Nomadzi jadą na pielgrzymkę do Lhasy.

 

 

 

 

s.251: Bliżej północy wagon zasypia. Pasterze moszczą się na swoich czubach na podłodze, pod fotelami lub w korytarzu, gdzie się da, nawet w toalecie.

 
 

 
 

s.254: Grunt umacnia się ręcznie, na sposób syzyfowy, układając kamienie w wielki plaster miodu o komórkach średnicy półtora metra.

 
 

 
 

s.263: Na próżno rozglądam się za wizerunkiem Mao wymalowanym w przejściu do jednej z kaplic – dwa lata temu go usunięto.

 
 

 
 

s.275: Wzdłuż drogi ciągną się długie murki, budowane niczym rafa koralowa z pozostawianych przez pielgrzymów kamieni z wyrzeźbionymi mantrami oraz stert baranich i jaczych rogów, na których też da się wyryć magiczne sylaby.

 
 

 
 

s.276: Mnisi całkiem się więc rozbestwili i zamiast zajmować się czymś pożytecznym, czyli kasowaniem biletów, cały boży dzień mitrężą na recytacje, z przerwami na herbatę i garść campy.

 
 

 
 

s.292: U stóp klasztoru Taszilhunpo powstaje park wedle projektu jakiegoś szaleńca. Postawiono wielką białą skałę z cementu, pod nią modele dwóch czarnych jaków.

 
 

 
 

s.293: Ruin już nie ma. W budowie jest replika zamku, za kilka lat otworzą tam centrum kultury, czyli nowe miejsce pod propagandowe wystawy.

 
 

 
 

s.293: W każdej kaplicy wiszą zdjęcia trzech panczenlamów: Dziewiątego, Dziesiątego i aktualnego, Jedenastego – oczywiście nie tego porwanego, tylko wybrańca Pekinu. Także przed jego portretem pielgrzymi zatykają ofiarne banknoty, z czego jednak nie należy wyciągać pochopnych wniosków.

 
 

 

2013

 

 
 

 
 

s.319: Gdziekolwiek spojrzeć – byli więźniowie polityczni leczący traumę po torturach, wlepki ze „znikniętym” Panczenlamą, martyrologiczne plakaty ze samospaleńcami, projekcje filmów dokumentalnych o sytuacji w starym kraju.

 
 

 
 

s.327: Metoda tkania jest tradycyjna. Początkowo czysto tybetańskie było także wzornictwo, dziś z braku jaków używa się przeważnie owczej wełny, inna jest kombinacja barw i motywy.

 
 

 
 

s.332: Tenzin Cunde twierdzi, że do działania inspirują go bojownicy o niepodległość Indii: Gandhiego ma w głowie, Dalajlamę w sercu.

 
 

 
 

s.334: ... tybetańsko-australijska para młoda wystąpiła w tradycyjnych strojach i tradycyjnie zginęła pod górą khataków zarzucanych na szyje przez weselników.

 
 

M

 
 

s.339: Rozmawiałem z pierwszą i drugą wicemiss, Łangczuk Palmo i Ceten Jangzom. Obie różnią się od siebie jak Zachód od Wschodu. [pierwsza od lewej: Miss stanu Maryland, jurorka]

 
 

 
 

s.340: W skórzanych spodniach, kowbojkach i ciemnych okularach Łangjal jest żywym synonimem westernizacji społeczności emigracyjnej.

 
 

 
 

s.354: – Gwałtowność protestów w Ngabie to po części efekt bezpardonowego podejścia tamtejszych władz – przekonuje Cering i przynosi naręcze zdjęć z opisami: ludzie aresztowani, zastrzeleni, skazani.

 
 

 
 

s.357: ... ominąwszy leżące w poprzek drogi cielska świętych krów oraz małpy harcujące na sznurach flag modlitewnych, dochodzimy do aktualizowanej na bieżąco wystawy zdjęć bohaterów.

 
 

 
 

s.365: ...Kirti Rinpocze, który wyglądem sam przypomina Buddę – nie tego z żebrami na wierzchu, jaki stoi na jego prywatnym ołtarzu, ale dobrze odżywionego, chińskiego.

 
 

 
 

s.380: Żeby było bardziej światowo, wzdłuż Ludowej posadzono plastikowe palmy, przy których ta z warszawskiego ronda de Gaulle’a wygląda bujnie i zdrowo.

 
 

 
 

s.381: Są inne atrakcje. Na przykład sześciometrowej wysokości kwietna ozdoba osadzona na klombie okolonym białym płotkiem, przesłaniająca widok na Dżokhang.

 
 

 
 

s.381: ... ulice prowadzące na Barkhor, na khorę wokół Potali oraz do otaczających pałac dalajlamów parków zagrodzono „kontrolą bezpieczeństwa”. Wygląda to tak jak na lotniskach: piesi przechodzą przez bramki do wykrywania metalu, ich bagaże suną na taśmociągu do prześwietlenia. Ponadto wszyscy są filmowani.

 
 

 
 

s.383: Na Barkhorze remont właściwie dobiegł już końca, rusztowania widać jeszcze w jednym tylko miejscu: osłonięta pasiastą tkaniną dziura zieje w miejscu domu Cona Congkhang, należącego onegdaj do potężnej przed 1959 rokiem rodziny Lhalu.

 
 

 
 

s.394: Jakimś cudem modernizacyjną rewolucję przeżyła pijalnia czangu należąca do żony profesora Tasziego Ceringa, tyle że teraz przez ścianę sąsiaduje z supermarketem popularnej sieci Dico’s.

 
 

 
 

s.395: Przez masywne drzwi przewijają się tłumy wiernych z różańcami w dłoniach, pchany rękami pielgrzymów wielki młyn modlitewny nie zatrzymuje się ani na chwilę, a sklepikowi z ofiarnym alkoholem i masłem obrotów mogłyby pozazdrościć okoliczne sklepy z thankami.

 
 

 
 

s.395: Nad bramami wejściowymi przybito inne tabliczki, ze zdjęciem i numerem telefonu dzielnicowego.

 
 

 
 

s.395: Kiedy zajrzeć w podwórza – stara, swojska bieda. Krzywe schody, balkony trzymające się ścian już tylko siłą przyzwyczajenia, futryny okienne z resztkami odłażącej farby, wszędzie sterty zardzewiałego złomu, desek i dętek, które nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać.

 
 

 
 

s.396: Z ostatniego piętra Makye Ame rozciąga się panorama na południową część Barkhoru. Widać stąd posiadłości należące niegdyś do ważnych ministrów Czternastego Dalajlamy, a właściwie zabudowane imitacjami miejsca po nich.

 
 

 
 

s.397: Wszystkie na wyposażeniu mają gaśnice oraz chwytaki ludzi, w rzędach oparte o ściany.

 
 

 
 

s.398: Przed przyjazdem usłyszałem, że w Lhasie jest więcej kamer niż okien – przesada, ale niewielka. Białe gałki oczne Wielkiego Brata wiszą na co drugiej latarni.

 
 

 
 

s.400: Wiozę teraz pakunek zawierający dwa zwinięte w rulon grupowe zdjęcia mnichów z indyjskiej wersji świątyni, magiczne pigułki, jakie mnisi połykają przed pewnymi rytuałami, inne, które się spala, oraz torebkę farbowanych na rudo ziarenek jęczmienia.

 
 

 
 

s.402: Neczung w Lhasie jest przeciwieństwem Neczungu z Dharamsali – ma garstkę mnichów, którzy sprawiają wrażenie wycofanych i zmęczonych, ale mimo to służą, jak mogą, masom wiernych.

 
 

 
 

s.403: Na innych zdjęciach widać wieszcza w transie, jak dzikim wzrokiem patrzy gdzieś w bok, poza kadr.

 
 

 
 

s.407: Właściciel granatowej kii podjechał pod tylne wrota świątyni, otworzył wszystkie drzwi, a szafarz wrzuca przez nie ziarno, mamrocząc zaklęcia mające ustrzec auto przed wypadkiem.

 
 

 
 

s.411: ...chińskie sklepiki z mydłem i powidłem, z zatkniętymi u wejścia chińskimi flagami, a bywa, że i z pyzatą buzią Mao na ścianie...

 
 

 
 

s.412: Pierwsze miejsce w tej kategorii należy się gmachowi całkowicie opakowanemu we wściekle czerwoną płachtę służącą za tło dla płaskorzeźby grzyba gąsienicowego, wielkiego jak dinozaur, spoczywającego na wozie zaprzęgniętym w jaka – jest to należące do dwóch tybetańskich braci centrum handlu cennym grzybem-robakiem.

 
 

 
 

s.413: Po prawej niewielki klasztor Kundeling. W środku niespodzianka: tuzin mnichów siedzi w sali zgromadzeń i jak gdyby nigdy nic chóralnie recytuje święte teksty.

 
 

 
 

s.415: Rozległy plac z wysokim na trzydzieści siedem metrów pomnikiem pokojowego wyzwolenia Tybetu, który w założeniu projektanta miał być abstrakcyjnym wyobrażeniem Mount Everestu, ale mniej wyrobionemu w dziedzinie sztuki zaangażowanej obserwatorowi przywodzi na myśl rakietę gotową do odpalenia.

 
 

 
 

s.416: ...w pierwszej kolejności wzrok Dalajlamy przykułby gigantyczny ekran LCD ustawiony pod Żelaznym Wzgórzem, Czakpori. Zobaczyłby na nim swoich rodaków o twarzach promieniujących szczęściem, kalejdoskop sielskich widoków z Tybetu, i chińską przewodniczkę oprowadzającą widzów po jego domu, Potali.

 
 

 
 

s.416: Na otarcie łez po obu stronach szosy wzniesiono wielkie kolumny, jakby podtrzymujące sufit w klasztorze, tyle że tutaj dźwigają niebo.

 
 

 
 

s.418: Turyści indywidualni – miastowe jedynaczki i jedynacy powici w zgodzie z polityką jednego dziecka – przed obiektywem eksplodują swobodą, hasają jak szczenięta wypuszczone na trawnik, prezentując cały katalog postaw.

 
 

 
 

s.422: ... dobrze stąd widać posterunki policyjne na dachach wokół placu Barkhor, osłonięte pałatkami z buddyjskim znakiem wieczystego węzła.

 
 

 
 

s.423: Na dachu grupa ubijaczy synchronicznych w najbardziej folkowym przedstawieniu, jakie można zobaczyć w Tybecie – śpiewają i tańczą, jeśli tak można nazwać tupanie, tylko dla siebie, dla umilenia i usprawnienia pracy.

 
 

 
 

s.423: To centrum handlowe Barkhor, wznoszone na gruzach ratusza dzielnicy Chengguan. Docelowo ma zajmować powierzchnię stu pięćdziesięciu tysięcy metrów kwadratowych plus podziemny garaż na ponad tysiąc sto samochodów. Pierwsze budynki są ukończone i wyglądają, jakby lada tydzień czekały na otwarcie.

 
 

 
 

s.424: W Serze kolejka do najświętszego wizerunku Buddy liczy jakieś trzysta metrów.

 
 

 
 

s.425: Ponad klasztorem wyrosła baza Ludowej Policji Zbrojnej wielkości domu towarowego, trzypiętrowa

 
 

 
 

s. 426: Próbuję gdzieś dojść, coś znaleźć, ale znaki wymalowane na ścianach wiodą na manowce, w górne partie, gdzie straszą ruiny zarośnięte pokrzywiskami. Zapędziła się tu jakaś kręcąca mordą dzo. A może malowniczym strzałek chodziło właśnie o to, żeby gość zobaczył owo historyczne gruzowisko.

 
 

 
 

s.430: Tutaj też scenografię stanowi makieta Potali, lecz nikt nie wspomina księżniczki Wencheng.

 
 

 
 

s.432: Umajona para tych bydląt czeka na brzegu, gotowa służyć turystom za wierzchowce.

 
 

 
 

s.432: Niektórzy pracownicy obozu śpią w namiotach, ale są to chińskie wynalazki: żelazne szkielety z metalowymi drzwiami obciągane płótnem, które ciepłym namiotom z jaka nie dostają do śledzi.

 
 

 
 

s.432: Khorą upstrzoną chorągiewkami modlitewnymi i kopczykami kamieni można dojść do wykutego w skale monastyru, gdzie urzędują trzy mniszki i ich pies.

 
 

 
 

s.433: Po drodze do Lhasy widać dużo nowiutkich domów, do których rząd przeprowadza pasterzy.

 
 

 
 

S.435: Na bieliźnianym sznurze suszą się długie wstęgi sera przypominające pończochy.

 
 

 
 

s. 435: Całą frontową ścianę zajmuje ołtarz ustawiony na długim kredensie. Czego tutaj nie ma... Jedźmy od lewej: oprawiony w złotą ramę i otulony szarfą ofiarną plakat z czterema poprzednimi przywódcami Chińskiej Republiki Ludowej: Mao, Dengiem, Jiangiem i Hu na tle chińskiej flagi i placu Tiananmen...

 
 

 
 

s.436: Największym zmartwieniem pani domu jest to, że jej wnuk chciałby pracować dla rządu, a nie ma koneksji. Wyjmuje z szafy garść dyplomów swoich potomków, widać, że jest z nich bardzo dumna, ale na co dyplomy, skoro nie ma pracy?

 
 

 
 

s.440: Rozlewiska i dopływy Cangpo przegradzane są tamami, betonowymi potworami ponuro szczerzącymi kły z prętów zbrojeniowych.

 
 

 
 

s. 443: Pogrążonymi w mroku kaplicami zawładnęły bóstwa o fizjonomii diaboliczno-wampirycznej, w koronie z czaszek, ze spiłowanymi zębami, przebijające nagie człowiecze truchło – a właściwie zamieszkujące w człowieku demony egoizmu i ignorancji – diamentowym berłem niczym osinowym kołkiem.

 
 

 
 

s.446: Przed nowiutkim stadionem olimpijskim trzy tuziny Tybetańczyków zwróconych twarzą w stronę wejścia synchronicznie gimnastykują się do muzyki.

 
 

 
 

s.446: Podczas gdy w Lhasie prostytutki są fryzjerkami, w Cethangu w oczekiwaniu na klienta zajmują się robótkami.

 
 

 
 

s.447: Okna pokoju wychodzą na kamieniołom. Stoi sobie tam samotnie, niczym jakiś minaret, wysoki na sześć pięter betonowy słup, owinięty kręconymi schodami z barierką.

 
 

 
 

s.448: Droga łącząca niezliczone przełęcze opatulone flagami modlitewnymi schodzi nad brzeg Jamdrok-co, jednego z czterech najświętszych jezior Tybetu.

 
 

 
 

s.449: Domy są tu malowane na niespotykany gdzie indziej kolor grafitowy z biało-czerwonymi obramowaniami, a kształtem przypominają twierdze z jednym małym okienkiem u szczytu każdej ze ścian. Fundamenty solidne, z polnych kamieni, na dachach nadbudówka z bydlęcych placków, bramę wejściową wieńczy czupryna z siana.

 
 

 
 

s.450: W ostatnich latach doliny i przełęcze oszpecono słupami wysokiego napięcia, na których zaraz zawisły legiony flag modlitewnych. Jak to szło... Komunizm równa się buddyzm plus elektryfikacja?

 
 

 
 

s.450: Późnym południem Everest zdjął wreszcie odzienie z chmur i ukazał swój garbaty masyw w całej okazałości.