„Gazeta Wyborcza”, 31.10-1.11.2002 i 3.12.2002

   

 

 

List od porwanego

 

 

Artykuły

Fotografie

O mnie

Agenci komunistycznej Korei Północnej przez lata porywali Japończyków. Tylko raz porwanym udało się przekazać wiadomość o swoim losie. List nadano z Polski. Poszukujemy osoby, która w 1988 r. przywiozła list z Phenianu i wysłała pocztą do Japonii


Bohaterami tej historii jest trójka Japończyków, którzy zniknęli z Europy na początku lat 80. Toru Ishioka z Sapporo miał wówczas 22 lata, studiował w Hiszpanii hodowlę mleczną krów. Jego o cztery lata starszy kolega Kaoru Matsuki z miasta Kumamoto uczył się na uniwersytecie w Madrycie hiszpańskiego. Obaj zniknęli w 1980 r. Ostatnim śladem jest list wysłany przez Ishiokę z Wiednia, datowany na 3 czerwca tego samego roku. Znaleziono zrobione tuż przed zaginięciem jego zdjęcie z dwiema japońskimi kobietami, prawdopodobnie agentkami Phenianu, które zwabiły obu studentów do Korei Północnej.

Ishioka i Matsuki nie znali jeszcze wtedy trzeciej ofiary, 23-letniej Keiko Arimoto, absolwentki college'u w Kobe. Ją zwabiono bądź porwano do Korei Północnej później. Od kwietnia 1982 r. pobierała lekcje angielskiego w Londynie. W czerwcu 1983 r. Arimoto napisała do domu, że wraca już w sierpniu; potem jej rodzice dostali telegram z Grecji: "Znalazłam pracę, wrócę później". Ostatni list pochodzi z Kopenhagi, nie zawiera daty ani adresu zwrotnego. "Nie mogę otrzymywać listów, bo podróżuję po Europie" - informuje Arimoto. Zdaniem japońskiej policji do napisania tego listu zmusił ją Kimichiro Abe, terrorysta z komunistycznej japońskiej Czerwonej Armii (patrz tekst "Po co porywali?") i wysłał go dla zmylenia tropu już po porwaniu dziewczyny.

Ten wątek znany jest od niedawna. Schwytana przez Japończyków żona jednego z członków Czerwonej Armii zeznała w marcu br., że razem z Abe brała udział w porwaniu kobiety, która "miała poślubić Japończyka w Korei Północnej". Poznała ją w Londynie w maju '83, a w lipcu zwabiła do Kopenhagi, obiecując pracę. Porwanie nadzorował koreański wicekonsul w Belgradzie agent Kim Yu Czol. To on osobiście przerzucił Arimoto przez Moskwę do Phenianu.

Człowiek z tego kraju

O całej trójce słuch zaginął aż do września 1988 r. Wówczas to do rodziców Toru Ishioki w Sapporo dotarł list napisany przez ich syna w Korei Północnej, a wysłany z Polski. Jego treść jest bardzo enigmatyczna. Ishioka pisze, że mieszka w Phenianie razem z Matsuki i Arimoto, jednak nie wspomina, że Arimoto jest jego żoną. W liście nie ma też ani słowa o córce, która urodziła się im w Korei, choć zdjęcie dziecka, razem z fotografiami Ishioki i Arimoto, zostało przylepione do drugiego papieru, który był w kopercie - druku ubezpieczenia podróżnego Ishioki wystawionego w Japonii jeszcze przed jego wyjazdem.

List był złożony w kostkę tak, że mieścił się w dłoni. To może świadczyć o tym, że Ishioka czekał na okazję, by potajemnie przekazać wiadomość. Na dole strony widnieje adres, pod który list należy wysłać. Zrozumiałe, że przekazanie samego listu bez koperty wydawało się bezpieczniejsze, posłańcowi łatwiej byłoby go ukryć. A jednak koperta, w której list trafił do Japonii, została bez wątpienia zaadresowana ręką Ishioki. Tajemniczy pośrednik nalepił na nią tylko polskie znaczki. Najwyraźniej Ishioka miał do niego zaufanie. Chyba nie było to całkiem przelotne spotkanie, skoro zdążył napisać w liście, że przekazuje go "człowiekowi z tego kraju".

Czy posłańcem mógł być Koreańczyk z Północy, który udawał się z wizytą do Polski? To niemożliwe - pozwolenie na wyjazd dostawali tylko najbardziej zaufani. Jest niemal pewne, że był nim Polak. - Raczej na pewno listu nie przekazał nikt z ambasady, bo coś bym o tym wiedział - mówi "Gazecie" ówczesny ambasador w Phenianie Mieczysław Dedo. - Do Korei w tym czasie przyjeżdżało z Polski mnóstwo delegacji handlowych, byli też turyści z wycieczek Orbisu.

Przerwane milczenie

Rodzice Ishioki skontaktowali się z rodzinami pozostałej dwójki wymienionej w liście. Dla wszystkich był to szok - dotąd nie mieli nawet cienia podejrzenia, że ich zaginione dzieci mogą być w Korei. Naturalnie poinformowano też japońskie władze, ale sprawa nie nabrała wówczas w Japonii wielkiego rozgłosu. - Wtedy, pod koniec lat 80., Phenian zaprzeczał porwaniom, a nasz rząd nie chciał tego nagłaśniać - mówi Masaru Oki, szef na Europę japońskiej telewizji Asahi. Podejrzenia, że Korea porywa Japończyków, pojawiały się od dawna, ale władze w Tokio otwarcie wyartykułowały je dopiero w latach 1997-98.

Dlaczego tak późno? - To delikatna sprawa - tłumaczy Oki. - W Japonii mieszka duża mniejszość koreańska, w tym poplecznicy Phenianu. Poza tym wszyscy mamy w pamięci japońską okupację Korei. Koreańczycy byli naszymi ofiarami i z oskarżeniami wobec nich musimy uważać.

Reporterzy telewizji Asahi od kilku miesięcy bezskutecznie próbowali znaleźć w Polsce nadawcę listu Ishioki. - Ten Polak jest jedyną osobą spoza komunistycznej Korei, która na własne oczy widziała jednego z naszych porwanych - tłumaczy Oki. - Chcieliśmy go zapytać, jak wyglądał Toru Ishioka, co mu powiedział...

Zginęli od czadu?

Korea Północna przez długi czas zaprzeczała oskarżeniom o porwania. Dopiero we wrześniu, podczas wizyty premiera Japonii Junichiro Koizumiego w Phenianie, północnokoreański przywódca Kim Dzong Il po raz pierwszy przyznał, że jego agenci w latach 70. i 80. uprowadzali obywateli Japonii. Nawet za to przeprosił.
Phenian przedstawił listę 13 porwanych, twierdząc, że żyje tylko pięcioro z nich, a reszta zmarła z przyczyn naturalnych.

Japońscy dyplomaci, którzy we wrześniu przyjechali do Korei Północnej, dowiedzieli się od koreańskich władz, że Ishioka i Arimoto mieszkali w Phenianie, pobrali się i mieli córkę. Koreańczycy poinformowali, że wiedzą również o wysłanym liście - według nich Ishioka dał go jakiemuś Polakowi podczas zakupów w centrum handlowym w Phenianie, o czym następnie powiedział swojemu "przewodnikowi" (czyli zapewne pilnującemu go agentowi).

Według wersji koreańskiej cała rodzina zginęła 4 listopada 1988 r. na skutek "zatrucia czadem z nieszczelnego piecyka węglowego". Ekshumacja ciał jest niemożliwa, bo - jak twierdzi Phenian - w 1995 r. powódź zmyła ich groby. Istnieje podejrzenie, że Ishioka i jego rodzina mogli zostać zabici za wysłanie listu. - Myślę, że odbyła się publiczna egzekucja jako ostrzeżenie dla innych porwanych Japończyków, by nie próbowali więcej kontaktować się z Japonią - rozpacza 76-letnia Kayoko Arimoto, matka Keiko. W innym wywiadzie Kayoko wyraża nadzieję, że jej córka "żyje gdzieś w Korei Północnej bez możliwości poruszania się albo realizuje jakieś zadanie postawione przez władze". - Chcę ją uratować za wszelką cenę - mówi. Większość Japończyków podziela przekonanie, że uprowadzona ósemka albo żyje gdzieś w ukryciu, albo została zamordowana.

Rodziny chcą prawdy

Przedziwne są tłumaczenia Phenianu o tragediach, jakie spotkały porwanych. Kaoru Matsuki (uprowadzony razem z Ishioką) miał zginąć w 1996 r. w wypadku drogowym. Biorąc pod uwagę mały ruch samochodów w Korei Północnej, to śmierć niewiele bardziej prawdopodobna niż od uderzenia meteorytem. Japońskim dyplomatom pokazano grób Matsuki i pozwolono zabrać szczątki do testu DNA. Z testu nic nie wyszło, bo prochy były dwukrotnie skremowane.

Na początku października ocalałej piątce porwanych Japończyków Phenian pozwolił odwiedzić Japonię (patrz tekst na stronie obok). Również niepocieszone rodziny Ishioki, Arimoto i Matsuki przyjechały na tokijskie lotnisko ich powitać. - Zazdroszczę im. Chce mi się płakać, kiedy widzę, jak rozmawiają ze swoimi krewnymi o starych czasach - mówił Akira, brat Toru Ishioki. Rodziny "uśmierconych" zasmuciło też małe zainteresowanie, jakie wzbudza los ich bliskich. - Czy Keiko zostanie zapomniana? - pytała jej matka Kayoko. Następnej niedzieli na ulicy wraz z mężem zbierała podpisy pod petycją do rządu, by "kontynuował negocjacje z Koreą z pełnym przekonaniem, że nasze dzieci żyją".
Los uprowadzonych był najważniejszym punktem rozmów o normalizacji stosunków między Phenianem i Tokio, jakie zakończyły się w środę w Malezji. Nie osiągnięto żadnego porozumienia.

Fumiyo Saito, siostra Matsuki, przez dwie dekady zachowywała milczenie, obawiając się, że rozgłos zaszkodzi jej bratu. Ale odkąd powiedziano jej, że brat nie żyje, uznała, że rozgłos może tylko pomóc. Pani Saito stanęła w centrum handlowym w Kumamoto z tabliczką na szyi: "Jestem siostrą Matsuki". - To wszystko kłamstwa - mówi. - Nie spocznę, dopóki on nie wróci do domu.



Wysłany z Polski list porwanego do rodziny

Wybaczcie, że przez długi czas nie mieliście ode mnie wiadomości. Ja i Matsuki czujemy się dobrze, Arimoto, która dołączyła do nas później, też. Trzymamy się razem w Phenianie. Z pewnego powodu przyjechaliśmy z Europy do Korei Północnej i mieszkamy tu od dawna. Żyjemy na własną rękę pod ochroną państwa, dostajemy trochę pieniędzy od władz. Muszę powiedzieć, że życie tu nie jest łatwe ze względu na tragiczną sytuację ekonomiczną kraju. Mamy problemy z dostaniem ubrań, książek, z edukacją. Ale chcę zapewnić, że jesteśmy bezpieczni, nie martwcie się. Przekażcie wiadomość rodzinie Matsuki i Arimoto. Daliśmy list człowiekowi z tego kraju [tzn. z Polski]. Podziękujcie osobie, która go wysłała i odwdzięczcie się jakimś prezentem.
WASZ SYN TORU



Robert Stefanicki: To Pan wysłał ten list?

- Tak, list został nadany w lecie 1988 r. z poczty głównej w Warszawie. Byłem wtedy w Polsce na wakacjach. W Korei Północnej spędziłem trzy lata i często brałem listy do wysłania, jeśli mnie o to poproszono.

Kto prosił?

- Pewna osoba z Korei, do której ja miałem pełne zaufanie, a ona do mnie. Kiedyś wyjechała za granicę, zobaczyła inny świat i przejrzała na oczy.

Dokąd były adresowane te listy?

- Większość na adresy polskie, trochę do Czechosłowacji. Do Japonii był tylko ten jeden, dlatego go zapamiętałem.

Nie wiedział Pan, że pochodzi od porwanego Japończyka?

- Nie, wówczas nikt nie mówił o porwaniach. Nie widziałem autora tego listu na oczy i nie jestem w stanie udzielić na jego temat żadnych informacji.

Kontaktował się Pan z tym koreańskim pośrednikiem jeszcze po wysłaniu listu do Japonii?

- Tak, mniej więcej przez rok aż do mojego ostatecznego wyjazdu z Phenianu. Potem już nie, bo z zagranicy kontakty z mieszkańcami Korei Północnej są praktycznie niemożliwe.

Koreańskie władze twierdzą, że Toru Ishioka dał list jakiemuś Polakowi w centrum handlowym.

- To kompletna bzdura. Jak już ktoś ryzykuje, to chce, żeby list dotarł do adresata, więc nie podaje go otwarcie. Obsługa sklepów to agenci służby bezpieczeństwa. Zresztą cały Phenian jest zamieszkany przez wybrańców, ludzi oddanych rodzinie Kimów. Reszta to obywatele drugiej kategorii. Przypuszczam, że porwanych Japończyków zakwaterowano wewnątrz zakazanego miasta, zamkniętej enklawy dla władzy. Byłem tam raz, na wycieczce dla brygad młodzieżowych z krajów bloku socjalistycznego. Autobus wjechał pod ziemię, powiedziano nam, że jedziemy "na stołówkę". A tam była sala bankietowa na dwa tysiące miejsc. Partyjne kadry i najładniejsze Koreanki z zespołu pieśni i tańca pod honorowym przywództwem Ukochanego Przywódcy Kim Dzong Ila. Najbardziej zdumiewający był repertuar - najnowsze przeboje światowe, Modern Talking itp.

Nie bał się Pan wozić tych listów?

- Nie myślałem o ryzyku. Poproszono mnie, więc je wziąłem.

Co Panu groziło w razie wpadki?

- Trudno powiedzieć, bo nie znam takiego przypadku. Pewnie wydalenie z kraju. Kiedyś koreańskie władze odkryły, że pewien Arab przespał się z Koreanką, ona się sama do tego przyznała. Jego uznali za persona non grata, a ją zesłali do obozu pracy.

Czy inni obcokrajowcy też wozili listy? Po publikacji "Gazety" o polskim śladzie dzwonili do nas m.in. marynarz i handlowiec, mówili, że w Phenianie ludzie niekiedy wciskali im koperty do wysłania.

- Wątpię. Jakoś przez trzy lata nikt nie podszedł do mnie na ulicy, żeby o coś takiego poprosić. To całkowicie zastraszone społeczeństwo. Podchodzę do kogoś, żeby zapytać o adres, a on ucieka.

Był Pan kontrolowany na granicy?

- Właściwie nie, nawet nie czepiali się o nadbagaż. Pogranicznicy na lotnisku od razu wiedzieli, że jestem przyjacielem Korei, bo nosiłem w klapie znaczek z Wielkim Przywódcą.

To wystarczyło?

- Takiego znaczka normalnie nie mają obcokrajowcy. Każdy obywatel dostaje swój i musi go strzec jak oka w głowie. One różnią się w zależności od statusu - zwykli ludzie mają zwykły portret Kim Ir Sena, kadry - portret na fladze, a służby specjalne - znaczek prostokątny z zielonym tłem.

Pamiętam, że w latach 80. pod Pałacem Kultury próbowałem kupić taki znaczek od członka jakiejś północnokoreańskiej delegacji, a on się bardzo przestraszył.

- Miałby w domu poważne kłopoty.

Dlaczego nie chce Pan ujawnić swojej tożsamości?

- Nie chodzi o moje własne bezpieczeństwo, ale o tego pośrednika, który nadal przebywa w Korei. Phenian ma sprawne służby specjalne, co widać choćby po tym, jak skutecznie przerzucali porwanych Japończyków przez wiele granic. Mogliby wytropić, z kim kontaktowałem się podczas pobytu w Korei.

Obcokrajowcy w Phenianie są śledzeni?

- Tam wszyscy donoszą na wszystkich. Istnieje system "piątkowy" - pięciu Koreańczyków, którzy się znają, np. pracują razem, musi meldować w Urzędzie Bezpieczeństwa o tym, co ostatnio robili, o czym rozmawiali. Zeznania są porównywane i w razie nieścisłości wszczynane jest dochodzenie. M.in. dlatego prywatne kontakty tubylców z obcokrajowcami prawie się nie zdarzają. Koreańczycy, którzy wyjeżdżają za granicę, muszą przynajmniej część rodziny zostawić w Korei jako gwarancję powrotu. Obywatele zagraniczni w Phenianie mieszkają w odizolowanych, strzeżonych enklawach. Nieraz czepiali się, że wychodzę na zewnątrz, zamiast grzecznie siedzieć w domu. Zagraniczni studenci opowiadali mi, że każdy musiał mieć w pokoju koreańskiego towarzysza, który teoretycznie miał pomagać mu w nauce języka, a w rzeczywistości był agentem. Nie wolno było im oglądać zachodnich filmów, ani wieszać plakatów na ścianach, bo te były zarezerwowane dla Wodza. Władze potrafiły słać w tej sprawie nawet noty protestacyjne do ambasad.

Jak było z zaopatrzeniem?

- Nie wiem, czy jest tak nadal, ale pod koniec lat 80. obcokrajowcy mieli własne pieniądze - czerwone wony dla krajów socjalistycznych, niebieskie dla pozostałych. Można je było wydawać tylko w specjalnych sklepach na wzór naszych peweksów. Zwykli Koreańczycy dostawali jedynie przydziały kartkowe żywności i raz czy dwa w roku ubranie jako "prezent od Wodza". Panujący kult jednostki to stalinizm i maoizm do potęgi. W każdym miejscu, gdzie Wódz się zatrzymał, coś powiedział albo zrobił, widnieje czerwona tabliczka ze złotymi literami upamiętniająca to zdarzenie.

Czy Koreańczycy mogą się swobodnie poruszać po kraju?

- Cała Korea Północna to wielki obóz koncentracyjny. Na plaży, na całej długości, powbijane są słupy obciągnięte drutami pod napięciem, dodatkowo żołnierze pilnują, aby nikt nie uciekł. Żeby przejechać z miasta do miasta, potrzeba specjalnego pozwolenia. Podróżuje się pociągiem z zamalowanymi oknami. W Phenianie ludzi na ulicach widać tylko rano, kiedy idą do pracy, i wieczorem, kiedy wracają. Nie ma czasu wolnego, bo cały dzień zapełnia praca, potem są kółka zainteresowań, zebrania ideologiczne. Jak wrócą do domu, to idą spać, bo i tak nie ma światła.

 
 
Robert Stefanicki