„Gazeta Wyborcza”, 5.04.2004

   

 

 

Współczucie tanim kosztem

 

 

Artykuły

Fotografie

O mnie

Ile kosztuje życie w Iraku? 2500 dol. - taką maksymalną kwotę Amerykanie wypłacają rodzinom ofiar Irakijczyków zabitych przypadkowo lub omyłkowo przez ich żołnierzy. Odszkodowania dostają nieliczni

W biurze wypłat odszkodowań w centrum konferencyjnym w Bagdadzie nie ma tłoku. Po miesiącach błądzenia w labiryntach niewiedzy, niemożności i korupcji udaje się tu trafić nielicznym Irakijczykom. Łatwo ich rozpoznać pośród reszty interesantów lub pracowników znajdujących się tutaj biur koalicji i organizacji pozarządowych. Wielu z nich to prości ludzie, którzy nigdy wcześniej nie postawili stopy w tak dużym urzędzie. Po przejściu przez cztery rewizje osobiste niepewnie rozglądają się dookoła. W dłoni ściskają wymiętą papierową teczkę lub plastikową torbę wypełnioną dokumentami pełnymi liczb, dat, podpisów, pieczątek - owoc wielomiesięcznych prób tłumaczenia swojego losu na język biurokracji. Niektórzy mają tylko jeden papier, własnoręcznie napisane oświadczenie, iż "dnia tego i tego... - tu następuje krótki opis zdarzenia - "...w wyniku czego pozostałam bez dachu nad głową i środków do życia".

Ubrana w czarną abaję kobieta przysiadła na brzegu jednego z puchatych foteli ustawionych w holu. Nie szuka jeszcze właściwych drzwi, czekając, aż wpierw jakaś dobra dusza przetłumaczy jej oświadczenie z arabskiego na angielski, święcie przekonana, że w urzędzie w centrum Bagdadu nie porozumie się w ojczystym języku. Jest w błędzie - interesantów przyjmują pracownicy iraccy.

Została tylko noga

Kiedy wojska koalicji zbliżały się do Bagdadu, Dżasmija Farhan Haczim, wdowa z siedmiorgiem dzieci, opuściła swój dom w dzielnicy Abu Ghreib, gdzie znajdowało się wiele potencjalnych celów, i zamieszkała w mniej narażonym na naloty szyickim mieście Sadra. Zrobiła słusznie. Kiedy po dziesięciu dniach wróciła, jej dom nie miał dachu, piętra i frontowej ściany. Meble zostały rozkradzione, nawet kable wyrwano ze ścian. Od roku Dżasmija z dziećmi mieszka w ruinie, do której wdzierają się hordy głodnych psów. Nie ma środków do życia. - Nikt nam nie pomoże prócz Boga - powtarza.

Prosiła o pomoc już w wielu miejscach, bez powodzenia. Chociaż wojna doprowadziła ją na skraj nędzy, kobieta uważa inwazję za słuszną, "bo pozbyliśmy się Saddama". Nie obwinia też Amerykanów o rabunki - to dzieło Irakijczyków - jednak zburzenie domu to ich sprawka. Dżasmija nie ma sprecyzowanych żądań. Chce tylko, by ktoś z władz zobaczył, w jakich warunkach mieszka, i zdecydował, jak jej pomóc.

Z biura rekompensat dobiegają krzyki i płacz. To zrozpaczona Ahlam Ibrahim błaga o odszkodowanie za śmierć męża i ruinę mieszkania. Podobnie jak Dżasmija Ahlam przeczekała wojnę z dala od Bagdadu. Jej mąż został, by pilnować domu. Po zbombardowaniu stojącej obok centrali telefonicznej "została z niego tylko noga".

Ahlam przyszła do biura z córeczką na ręku. Dziecko ma trzy lata, ale wygląda najwyżej na rok - matka mówi, że ma "dziurę w sercu" i wymaga ciągłej opieki lekarskiej.

W pokoju czeka jeszcze kilku interesantów. Sejf Hadi Chudajaf przyjechał z oddalonej o 100 km al Hilli. On również podczas wojny stracił dom, od lokalnych władz otrzymał poświadczenie szkody i wycenę - 2 tys. dol. Sejf jest pewien, że dostanie pieniądze.

Niestety, wszyscy zostają odprawieni z kwitkiem.

Ofiary wojny bez praw

Panna S. (prosi, by nie podawać jej nazwiska, bo dostaje groźby) - asystentka kierownika biura, kpt. Jonatana Tracy'ego - wyjaśnia, że koalicja nie wypłaca odszkodowań za zdarzenia sprzed 1 maja 2003 r., czyli dnia, w którym prezydent Bush ogłosił koniec wojny. Oznacza to, że jeśli po tej dacie żołnierze USA ostrzelali auto wiozące rodzinę iracką, gdyż nie zatrzymało się na posterunku kontrolnym, albo zdziesiątkowali stado owiec przy okazji ataku z helikopterów na pozycje partyzantów bądź też zastrzelili kierowcę samochodu z zepsutym, wydającym odgłosy przypominające strzały tłumikiem lub też zabili starego wieśniaka w przekonaniu, iż należy on do grupy mudżahedinów, która kilka minut wcześniej zaatakowała ich patrol (zdarzenia autentyczne) - to poszkodowani mogą ubiegać się o odszkodowanie. Ofiary wojny, przynajmniej na razie, mogą o tym zapomnieć.

Podstawą rekompensat jest amerykańska ustawa o roszczeniach zagranicznych, która mówi, iż wypłaty należą się za odniesione rany, śmierć oraz straty materialne poniesione wskutek działań sił USA. O ile po pierwsze - działania te nie były związane z walką, a po drugie - jeśli zostanie udowodnione celowe działanie lub zaniedbanie Amerykanów. Takie sformułowanie pozostawia pole do interpretacji. Wielu interesantów jest odsyłanych z kwitkiem, bo zawsze można powiedzieć, że "działania były związane z walką"; z drugiej jednak strony dowódcy amerykańscy nierzadko godzą się wypłacić pieniądze również cywilom poszkodowanym w trakcie wojny.

Odszkodowania pochodzą z zamrożonych funduszy rządu irackiego. W skali kraju (według nieoficjalnych danych Amerykanów) wydano już na ten cel 2-2,5 mln dol. Dla porównania - cała suma aktywów reżimu Saddama zamrożonych w Iraku oraz przekazanych z kont zagranicznych, które koalicja przeznacza na odbudowę, to 3,8 mld dol.

Rety, ale wstyd

Panna S. tłumaczy, że są dwa rodzaje rekompensat - za zniszczenie mienia oraz "wypłaty powodowane współczuciem". Górny limit to 2,5 tys. dol. za śmierć członka rodziny oraz 1,5 tys. za rany. W Iraku życie jest tańsze niż w USA, gdzie odszkodowania potrafią sięgać milionów dolarów.

Procedura jest następująca: poszkodowani wypełniają formularze z opisem zdarzenia, które następnie dostają amerykańscy prawnicy, by zweryfikować je z raportami wojskowymi. Jeśli wszystko się zgadza, poszkodowani mogą zgłosić się do kasy.

Z ponad 500 przyjętych wniosków pozytywnie zweryfikowano połowę. Ilu interesantów odesłano z kwitkiem, nie przyjmując ich zgłoszeń z powodów proceduralnych? Takich statystyk Amerykanie nie prowadzą, ale można to oszacować. Biuro istnieje od lipca, co po odliczeniu świąt daje ok. 150 dni roboczych. Na oko, skromnie licząc, codziennie przychodzi tu około 50 Irakijczyków. Czyli roszczenia próbowało zgłosić jakieś 7,5 tys. osób - z tego przyjęto niewiele ponad 7 proc.

Panna S. pokazuje listę tych, którym wypłacono odszkodowanie wraz z jego wysokością - najwyższe to 8,5 tys. dol. (zapewne śmierć kilku członków rodziny lub utrata mienia znacznej wartości), najniższe wynoszą po... 7 dol. - O rety, faktycznie to wstyd - przyznaje S. Jakąż szkodę tak nisko wyceniono - rozjechanie czołgiem zgrzewki coca-coli? S. tego nie wie.

S., uroczo uśmiechnięta Irakijka z USA, prezentuje rozczulającą mieszankę dobrej woli, naiwności i bezradności. W kolejce czeka mieszkaniec al Falludży, który twierdzi, że podczas rewizji żołnierze zrabowali mu z domu biżuterię. - Tak, to się zdarza - potwierdza S., przekonując, że z całą pewnością ów interesant zostanie załatwiony pozytywnie, a żołnierze ukarani.

Rzeczywistość nie jest tak różowa. "Szansa, że odpowiedzialni za naruszenia praw człowieka zostaną kiedykolwiek pociągnięci do odpowiedzialności, jest mała lub żadna" - pisze Amnesty International w raporcie o Iraku. AI wytyka koalicji m.in. to, że w wyniku niepotrzebnego lub nadmiernego użycia siły ginie wielu irackich cywili. W dużej mierze to efekt poczucia bezkarności.

Po zasiłek?

Czy nie dałoby się jednak jakoś pomóc Dżasmii i Ahlam, które do odszkodowania się nie kwalifikują? - Oczywiście, niech się zgłoszą do ministerstwa spraw socjalnych po zasiłek - radzi S.

Nieustannie szlochająca Ahlam wtrąca, że wniosek o zasiłek złożyła trzy miesiące temu - leży nietknięty, bo urzędnicy żądają od niej 10 tys. dinarów (7 dol.) łapówki. - Łapówki to zmora - przyznaje F., odnaleziona w jednym z korytarzy przedstawicielka ministerstwa spraw socjalnych. - Mamy środki na pomoc dla 150 tys. rodzin, a potrzeba znacznie więcej - tłumaczy. Jedyne, co można zrobić, to wysłać bezrobotne kobiety na warsztaty połączone z nauką zawodu. Na pytanie, jaki zawód poleciłaby matce siedmiorga dzieci, F. milknie, kiedy zaś orientuje się, że rozmawia z dziennikarzem, wpada w przerażenie i znika.

Na wojnę w Iraku oraz odbudowę Amerykanie wydali już 5 mld dol. i zaczęli konsumować 20 mld przyznane na ten rok przez Kongres. Mimo to pomoc socjalna spoczywa na barkach organizacji pozarządowych. - W Iraku nie ma prawa i porządku, a do tego Amerykanie skąpią pieniędzy - narzeka Buszra al Kinani z organizacji Komitet Pomocy Kobietom. - Takich kobiet jak Dżasmija i Ahlam jest tu mnóstwo. Chodzą od urzędu do urzędu, dostają puste obietnice. Możemy pomóc tylko wybranym.

Mohammed al Musawi z Irackiej Organizacji Praw Człowieka: - Przekazaliśmy władzom koalicyjnym wiele skarg na żołnierzy, ale rezultaty są rozczarowujące.

Wymowne jest nieprowadzenie przez koalicję statystyk dotyczących strat wśród cywili. Amerykanie tłumaczą, że to zbyt trudne, że rodziny zabitych grzebią ich bez wiedzy władz, że właściwie jest to zadanie dla samych Irakijczyków... Do dziś nie jest np. jasne, ilu cywili zginęło podczas ubiegłorocznej inwazji (według organizacji pozarządowych - między 3 a 5 tys. - i drugie tyle po wojnie).

Happy end

Historia Dżasmii i Ahlam będzie miała choć częściowo pomyślne zakończenie. Pracownicy biura rekompensat zapisują na kartce adres jednej z organizacji humanitarnych. Kobiety nie mają nawet na taksówkę, jedziemy więc razem.

Fundacja Matki i Dziecka "Al Chalidż" powstała w al Falludży. Doktor Beker al Najhmi podkreśla to, aby świat poznał drugie oblicze miasta kojarzonego z silnym antyamerykańskim ruchem oporu. - Niektórzy nasi donatorzy wycofali się w obawie przed posądzeniem o finansowanie terroryzmu - mówi dr Beker.

Fundacja pomogła tysiącu ubogich rodzin, w tym 72 osobom wymagającym leczenia. Wszyscy klienci mają tu kartoteki, a pracownicy fundacji pilnują spraw przekazanych na zewnątrz (np. do szpitali) aż do pomyślnego końca.

Zapytany o pomoc ministerstwa spraw socjalnych i koalicji dr Beker kręci głową: - Nie ma żadnej pomocy.

Dżasmija dostała 15 tys. dinarów doraźnej pomocy, Ahlam - 10 tys. Dr Beker poleca Ahlam wrócić po skierowanie do szpitala dla chorej córeczki. Kobiety przestały już płakać i pakują torby z jedzeniem do samochodu. Ich problem nie został rozwiązany, ale przynajmniej przez najbliższy miesiąc nie umrą z głodu.

 
 
Robert Stefanicki